czwartek, 6 listopada 2008

Walking on the glacier..Lodowiec Perito Moreno..zdjecia tu

Troche Chile troche Argentyny..Puerto Natales i El Calafate..Powoli przywykam do wstawania o nieludzkiej dla mnie porze typu 5 rano..zdarza sie to czesto, bo albo autobus, albo wycieczka..wszedzie trzeba dojechac, i choc odleglosci w naszym rozumieniu sa niezbyt wielkie np 600km, to tu oznacza to np 14 h w autobusie, bo trzeba przejechac granice, postac w kolejce, poczekac na prom...ale warto, zawsze WARTO...
Torres del Paine, Park Narodowy w Chile urzeka pieknem...wiem, nuuda, wszedzie pieknie, no coz takie sa fakty.
Mialam duzo szczescia, bo udalo mi sie wejsc i zobaczyc oslawione tu szczyty przy stosunkowo dobrej pogodzie.Jedyna przeszkoda byl wiatr, ale jak sie przekonalam kolejnego dnia to byl tylko wiaterek.
2 dnia w parku zaplanowalam wspinaczke na lodowiec Grey, zeby sie tam dostac trzeba przeplynac katamaranem jedno z polodowcowych jezior. Zdziwilam sie bardzo, gdy poznana wczesniej para Amerykanow przedstawila mi Polke. Iwona podrozuje samotnie po Am Poludniowej od ponad roku i po raz pierwszy od maja spotkala Polaka..Caly dzien razem,rozmowom nie bylo konca. Wspolnej wspinaczce tez..Pogoda tym razem nie dopisala, wiatr minimum 80km na godzine, momentami musialysmy trzymac sie razem, zeby nas nie zwialo do wody.Do tego deszcz..na szczescie Iwona zostawala na noc w schronisku, wiec mi udalo sie przesuszyc moje rzeczy zanim wsiadlam na powrotny katamaran. ´
Jakis czas pozniej, 2 moze 3 dni (prawda jest taka, ze zgubilam sie w czasie) znalazlam sie na lodowcu Perito Moreno, ktory jest wiekszy od Buenos Aires..ma widoczna wysokosc 60m... Nie bede nic pisac, zobaczcie...

Brak komentarzy: