to jest absolutnie niezwykle miasto, a ja każdego dnia czuje jak coraz bardziej wyzwalam się z korpo myślenia, zależności, powinności itd..uswiadamiam sobie ze moje zycie naprawdę zależy ode mnie, np to czy będę sie kładła spać z myślą ze przeżyłam fajny dzień, czy wręcz przeciwnie..itd..
Pierwsze dni były o tyle trudne, ze zmogła mnie totalnie choroba, ale od piątku jestem w tangu..
..w Sao Paulo na lotnisku poznałam Petre' Wegierke'weterynarza, wychowana w Anglii,wiec czuje sie Pol na pól obywatelka 2 krajow..Ona miała wcześniej samolot do Buenos, ale spędziłyśmy razem jakieś 3h..na koniec wymieniłyśmy sie mailami...kiedy pisałam jej swój, ona z poważną mina patrzac na moje koślawe litery zapytała are u a vegetarian... przeraziło mnie ze z liter odczytuje, czy jem mięso czy nie..Okazalo sie ze w samolocie, którym razem leciałyśmy, przy każdym posiłku widziała moje nazwisko'przynajmniej tak jej sie wydaje, i stewardesa mówiła jej ze je nie swój posiłek, bo nie ma ´vegetarian´przy jej nazwisku, jestzato przy moim..Gdyby nie petra pewnie byśmy sie więcej nie spotkały, bo jak wiadomo, ja nie bardzo umiem dbać o relacje, szczególnie te nowe..no ale koniec końców od czwartku po południu włóczymy sie razem..w piątek odkrywałyśmy miasto a wieczorem zjadłyśmy kolacje w miejscowym soho' dość turystycznie, w drodze powrotnej taxowkarz próbował nas oszukać wioząc nas dookola..Bylysmy twarde, zapłaciłyśmy obowiązkowe minimum i ja poczekałam w jej hostelu na taxi zamówione przez tlf.w nocy tez moszna chodzić i jest bezpiecznie, ale tam było potwornie daleko...
W sobotę rano pociągiem pojechałyśmy do Tigre, na stacji przekonałam sie ze Buenos ma tez inne niż w mojej dzielnicy oblicze..tu sa trochę takie kabaty, tylko wśród starych budynkow..elegancko ubrani ludzie, spora szansa ze ci 50plus będą mówić po angielsku..na stacji bieda, zebracy, choc tez nie jakoś dramatycznie..Tigre' turystyczne..cala zabawa polega na tym, ze wsiadasz na łódkę i płyniesz kanałami oglądając małe i stare, lub nieźle wypasione domki w delcie rzeki..kazdy ma swoje mini molo, sa nawet stacje benzynowe na wodzie dla lodek i oczywiście wielki pływający sklep..My kupilymy wycieczkę z 1 przystankiem, gdzie mogłyśmy pojeździć na rowerze, albo popływać na kajaku...po godzinie na wodzie, kiedy niepewnie obserwowałyśmy wsiadających i wysiadających ludzi, mowie Petra, chyba zbliżamy sie do naszego przystanku..ona nie' to czyjeś urodziny, bo wszędzie były balony itp, ja stary marketingowiec mowie, to tu... i było...balony były rzeczywiście urodzinowe i nie dla nas, ale poczułyśmy się smiesznie..rower...po 10minutach okazało się ze Moj ma przebita dentke..a juz panikowałam ze zapomniałam jak się jeździ, bo petra odstawiła mnie prawie na km..myslalam..no tak chodzi dziewczyna 2razy w tyg na spinning)na siłowni, na takim mini rowerze, zasuwasz na maxa)..to jedzie, ja czasami pobiegam..to mam zero kondycji...Odetchnęłam jak się zorientowałyśmy ze to dentka..Tego dnia wylądowałyśmy przypadkiem z najlepszej pizzerii w mieście' sami miejscowi, którzy czekali w kolejce na stolik' mniam
wczoraj dzielnica san telmo, ja rano biegałam, później spacer wzdłuż nabrzeża, dobra kawa, targ staroci i tango na ulicy..
Ciągle cos się dzieje, to miasto żyje na wysokich obrotach, bogactwo miesza się z biedota, najnowsze modele samochodów z gratami...kontrasty, a wszystko jakoś poruszające...wszystko chciałabym wchłonąć i poczuć..
od dziś szkoła, tez super...
dobrze mi, b intensywnie....Czuje ze zamieniam się w podróżnika i nie będę chciała przestac..zobaczymy
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz