wtorek, 11 listopada 2008

Peru- life in slow motion, or maybe the right motion..

Hot again.. I´m in Nasca- Peru. Saw the mysthic lines and figures from a 6 capacity cesna airplaine this morning. It is unbelievable, what somoene, something (depending which theory you support) did. For me it does not metter wheather these is human made, or alien made.. it is still impressive and it is still a huge question mark, why these lines and figures were made here on a desert. Any ideas? Let me know.
I´m heading down slowly getting used to South America, now I see that Argentina and Chile are so close to Europe, or small american towns, depending where you are. Peru is a different story. I felt it once I got to Lima..Not much to say, I´m not a fan of the city, however I liked all the old buidings, what I missed was an atmosphere. All I discovered was chaos and dust.
Nasca is different, at least people smile back and wanna talk with you. It is so much closer to the 3rd world as we see it. No hunger though. Just all the shops, and the ´houses´outside of the centre are so basic.
However people seem to have time for everything.. Small chat, or the longer one on the way to work.
When drinking your cola in a restaurant you can easily spot tourist who just started their travelling, they rush...all the rest locals and those with few weeks with the backpack just walk..simple as that.. When was the last time you saw someone walking in London, NY or Paris on a week day, and I dont mean in the park, just on a street,in the morning?
Photos soon..

Life in Slow motion-Peru. Zycie w zwolnionym tempie-Peru.

Zmiana klimatu. Z zimnej Patagonii przez Buenos Aires przenioslam sie do Peru. Na poczatek Lima.2 dni wystarczyly w zupelnosci. Dziwne miasto, nietypowa stolica. Piekne budynki,ale zadnego klimatu. Nie czuje, nie rozumiem tego miasta. Po raz pierwszy odkad podrozuje nie czulam sie swobodnie, dlatego szybko przenioslam sie na poludnie do Nasca.
Teorii na temat tajemniczych pustynnych linii i figur widocznych z powietrza jest sporo. Od takiej,ze to dzielo kosmitow, przez ludzi gigantow, Zydow, ktorzy dotarli tu przez Nowa Zelandie itd.
Nie opowiadam sie za zadna z nich, bo za malo wiem, ale jedno jest pewne, figury widac z powietrza doskonale i sa gigantyczne. Sprawdzilam, wsiadajac do 6 osobowej cesny.. Skretom w prawo, w lewo nie bylo konca, tak zeby kazdy pasazer mogl zobaczyc figury ze swojej strony.. Nie pytajcie jak zniosl to moj zoladek.
Zachwycila mnie malpa i koliber.. ktokolwiek i kiedykolwiek dokonal tego dziela, respect- jak mawiaja Amerykanie.
Zycie w Nasca plynie w zwolnionym tempie.. zaczyna sie wczesnie rano, o 6 kobiety zaczynaja sprzedawac bulki na rogach ulic z gigantycznych wiklinowych koszy. O 7 otwieraja sie powoli sklepy.. Kazdy ma czas na to zeby pogawedzic ze spotkanym znajomym, dzieci odrabiaja po szkole lekcje przy stoiskach z warzywami, kurczakami (ktorych tu jedza mnostwo) swoich rodzicow.
Kelnerzy w restauracjach zachwalaja jedzenie turystom, kobiety w sklepach z pamiatkami spokojnie je pokazuja. Zabawne jest to, ze kiedy pytasz o cene slyszysz x a za chwile y, wszystko ze specjalnym rabatem.
Argentyna i Chile byly bardzo europejskie, miejscami jak amerykanskie miasteczka, tu blizej do trzeciego swiata. Nie ma glodnych ludzi, walasajace sie leniwie psy tez nie zjedza byle czego,ale wiekszosc domow poza tzw centrum jest bardziej afrykanska niz europejska. Dachy w wiekszosci pokryte plecionka z bambusa, na podlodze zwykla betonowa wylewka, choc to pewnie tez nie wszedzie. Ludzie sie usmiechaja, z radoscia zgadzaja sie na robienie im zdjec. Zobaczycie wkrotce..

czwartek, 6 listopada 2008

Walking on the glacier..Lodowiec Perito Moreno..zdjecia tu

Troche Chile troche Argentyny..Puerto Natales i El Calafate..Powoli przywykam do wstawania o nieludzkiej dla mnie porze typu 5 rano..zdarza sie to czesto, bo albo autobus, albo wycieczka..wszedzie trzeba dojechac, i choc odleglosci w naszym rozumieniu sa niezbyt wielkie np 600km, to tu oznacza to np 14 h w autobusie, bo trzeba przejechac granice, postac w kolejce, poczekac na prom...ale warto, zawsze WARTO...
Torres del Paine, Park Narodowy w Chile urzeka pieknem...wiem, nuuda, wszedzie pieknie, no coz takie sa fakty.
Mialam duzo szczescia, bo udalo mi sie wejsc i zobaczyc oslawione tu szczyty przy stosunkowo dobrej pogodzie.Jedyna przeszkoda byl wiatr, ale jak sie przekonalam kolejnego dnia to byl tylko wiaterek.
2 dnia w parku zaplanowalam wspinaczke na lodowiec Grey, zeby sie tam dostac trzeba przeplynac katamaranem jedno z polodowcowych jezior. Zdziwilam sie bardzo, gdy poznana wczesniej para Amerykanow przedstawila mi Polke. Iwona podrozuje samotnie po Am Poludniowej od ponad roku i po raz pierwszy od maja spotkala Polaka..Caly dzien razem,rozmowom nie bylo konca. Wspolnej wspinaczce tez..Pogoda tym razem nie dopisala, wiatr minimum 80km na godzine, momentami musialysmy trzymac sie razem, zeby nas nie zwialo do wody.Do tego deszcz..na szczescie Iwona zostawala na noc w schronisku, wiec mi udalo sie przesuszyc moje rzeczy zanim wsiadlam na powrotny katamaran. ´
Jakis czas pozniej, 2 moze 3 dni (prawda jest taka, ze zgubilam sie w czasie) znalazlam sie na lodowcu Perito Moreno, ktory jest wiekszy od Buenos Aires..ma widoczna wysokosc 60m... Nie bede nic pisac, zobaczcie...